Dziewczynka w czerwonej sukience

Spacerując wąskimi uliczkami dzielnicy Kampong Baru spotykam dziewczynkę w czerwonej sukience. Biega wokół, przyglądając mi się z ciekawością w oczach. Idzie za mną, ale nie śledzi mnie z ukrycia. Celowo przebiega przez drogę, macha zza drzewa i głośno się śmieje. Zaskakuje mnie pojawiając się z niespodziewanej strony. Widać, że zna każdy zakątek i sekretne ścieżki tej dzielnicy. Uśmiechamy się do siebie i w tej swojskiej atmosferze zapominam, że znajduję się w stolicy Malezji. Drewniane chatki, kurniki i ogródki z powieszonym praniem znajdują się w samym centrum Kuala Lumpur. Przypominam sobie o tym podnosząc wzrok i widząc wysokie wieżowce, które otaczają tę malajską wioskę. To jedyne takie miejsce, które nie zostało zabudowane nowoczesną architekturą. Obowiązkowy punkt na mapie Kuala Lumpur – zwłaszcza dla osób ciekawych tradycji i korzeni tego miasta.

Fot. Adrianna Gajczak

Reklamy

Kolory Kampong Baru

To zdecydowanie moje ulubione miejsce w Kuala Lumpur. Stolica Malezji słynna z Petronas Towers, czy wysokiej na ponad 400 metrów KL Tower, zachowała w swoim centrum niewielki obszar, który jest niczym innym jak malajską wioską. Chatki, kury i małe ogródeczki z grządkami kryją się tutaj na każdym rogu. Nikt nie jest w stanie odmówić temu miejscu wyjątkowości, a mieszkańcom – uporu. To oni dbają, aby w miejscu ich zamieszkania nie stanęły kolejne wieżowce, a Kampong Baru była jeszcze długo esencją malajskiej tradycji.

Fot. Adrianna Gajczak

Dżungla w mieście

Kampong Baru to wyjątkowe miejsce. Niewielka malajska wioska położona w samym sercu Kuala Lumpur. Życie upływa tu błogo w otoczeniu drewnianych chatek, dzikiej roślinności i gdakających kur. O tym, że znajdujemy się w stolicy Malezji przypominają wieżowce otaczające tę dzielnicę z każdej strony. Sprawiają wrażenie natarczywych i nie pasują do tej uroczej okolicy. Mieszkańcy nie zgadzają się na nowoczesną architekturę w miejsce ich tradycyjnych domów. Dla nich Kampong Baru jest ostoją kultury i symbolem korzeni etnicznych.

Fot. Adrianna Gajczak